poniedziałek, 19 września 2016

Ścigacie mnie...

   ...wiem, wiem, zaniedbałam znowu, ale kiedy się dowiecie wybaczycie, no może nie teraz, a za 4 miechy, może cztery i pół, los pokarze...
   Wrzesień już lada dzień się skończy, o wakacjach już nie pamiętam, choć był to intensywny czas, wykorzystałam męża, 5 tygodni w domu z dużym impetem. Pierw morze i kombinowanie jak tu dziecięcia najmłodszego nie potopić w jeziorze powstałym przed naszym domkiem kempingowym. Taka nam się pogoda trafiła, że bliżej nam było do młynarza niż tropikalnej opalenizny. Nie było wprawdzie co narzekać, dzieci brudne, mokre, całe z błota, ociekające aż, że bez wyżymarki nie podchodź i zdrowe. Jakim cudem to do dziś nie wiem, jak na śląsku ledwo pogoda kaprysa zrobiła, a już gile po pas i kaszel gruźliczy.
Oski bunt przeprowadził i zaczął dopiero samodzielnie chodzić pod koniec 13 miesiąca, a tak to liczył na cud noszenia, prowadzenia za rączkę czy choćby litości braci i wożenia w czymkolwiek się dało. Jak i chód się poprawił to i charakterek wzmocnił, uparciuch nadęty jak balon na straganie, nie spuścisz powietrza jak wystrzeli to pół bloku słyszy. Upodobał sobie moją mamę i za nią w świat poszedł by bez obrotu, problem w tym, że kolejkę wcześniej zajął Niko i nie pozwala na bliższe spotkania z bratem, bo jak może odbierać mu jego własność? No jak? Wytłumacz człowiekowi, że istota żyjąca nie może być własnością, to ci porówna człowieka do psa, jak to ma pana to i babcia też ma właściciela. Można włosy z głowy rwać, ale jego filozofii nikt nie przebije. Byliśmy też na wsi u koleżanki męża, ochrzczonej ciocią z końca miasta gdzie wreszcie zdążyliśmy poczuć powiew lata, ciepła i słodkiego lenistwa przy grillu. Choć wątpię, żeby Ania poczuła choć chwilę spokoju oblegana notorycznie przez stado chłopów, którzy wciąż coś od niej chcieli. Najedliśmy się żółtych śliwek, po które wspięłam się na drzewo ku bliskiemu zawałowi męża, bo to było drzewunio w porównaniu z innymi pokaźnymi drzewami w okolicy. Tylko nie wiem po co tyle strachu jak ja go nie połamałam swoją wagą, a hrabia zdążył jedynie uchylić gałąź, a już poszła w zapomnienie. Chłopcy mieli bliskie spotkanie z upartym kucem oraz siekierą, jedno i drugie przypadło im do gustu o czym nadal nieustannie trąbią. Mieliśmy też trochę wycieczek, choćby jedna w góry i mogę powiedzieć, ze przy czwórce dzieci moja kondycja sięga dna, nie dałam rady wykonać planu wycieczki, musieliśmy podjechać na drugą część autem. A tam pokazali synowie na co ich stać, park linowy był ich, no i męża, bo Niko za młody żeby iść sam, to musieli go wcisnąć w te wszystkie pasy i szedł na dziecięcym szlaku ledwo mieszcząc się na niektórych przeszkodach. Tak bardzo nie płakałam od lat...ze śmiechu...oj łzy mi ciekły ciurkiem, a ludzie patrzeli się na mnie z politowaniem, razem z małżonkiem oczywiście...
   Wakacje jeszcze napędziły nam trochę zmartwień i strachu, jakoś ten rok przykre zdarzenia przyciąga do mnie. Mój tata wylądował w szpitalu z zawałem, a za nim do niego trafił weekend przechodził od lekarza do lekarza, bo wiedzę osób znających się na ktg przekreśliła młoda lekarka twierdząc, że to nie zawał, a problemy z kręgosłupem szyjnym. Ciśnienie mi tak to podniosło, że miałam ochotę sama zedrzeć z niej skórę... Szczególnie, że tata stracił czucie i możliwość ruszania w prawej ręce, czuł ciągły ucisk, bladł i tracił oddech, w końcu jak udało się go wcisnąć do specjalisty mamy od serca, ten natychmiast wysłał tatę na pilny zabieg, konieczność założenia dwóch stentów, bo żyły całkowicie zatkane, jeszcze jedna została w 60% sprawna, ale też do roboty w najbliższym czasie. Gdyby nie prywatny lekarz, państwowa służba zdrowia by mi ojca do grobu doprowadziła...
      A jak ten nasz rok szkolny?
Spokojny. Dasiek poszedł do gimnazjum, ostatni rocznik korzystający z tego przywileju. Jak na razie bardzo zadowolony, szczególnie jak wraca do domu bez plecaka, bo może w szafce go zostawić, czuje się jak student, a nie jak pierwszoklasista. Oceny ku mojemu wielkiemu szokowi bardzo dobre, choć spodziewałam się czegoś innego, zaskoczyło mnie to dziecko. Chyba, że obietnica, że dostanie laptopa jak zobaczę świadectwo z paskiem wreszcie dotarła do niego po 3 latach obietnic? Zobaczymy, na razie muszę odkładać  zaskórniaki, żebym potem nie została z ręką w nocniku jak mi udowodni na co go stać.
  Niuniek drugą klasę przywitał sceptycznie, czy lubi nową wychowawczynie? nie wiem, zrobił się jakiś taki bardziej skryty w sobie, poważniejszy, tak jakby już moje drugie dziecię dorastało, a ma przecież dopiero 7.5 roku, to jeszcze przecież nie czas, nie? Chyba, że mu ktoś skradł serce, bo i zaczął dbać o siebie i podkrada perfumy tacie...
  Zaś po przeżyciach w zeszłym roku z Niko w przedszkolu, w końcu zdecydowałam się na wizytę w poradni pedagogicznej na drugi dzień, bo tak termin mi wypadał. I znów się pośpieszyłam, bo moje dziecko zaczęło rozmawiać z Paniami (szok), bawić się z dziećmi, normalnie funkcjonować w grupie, nadal trochę jest nieśmiały, trzeba go zachęcać, ale ponoć jest niebo, a ziemia. Bo oczywiście jako przewrażliwiona matka polka po dyskusji z poprzednią wychowawczynią syna, od razu dopadłam obecną i jej przedstawiłam sytuację, którą i tak znała, bo to wicedyrektorka, ale dzięki temu po dwóch tygodniach już wiedziałam, że moje dziecko dorosło do przedszkola, szło chętnie, wracało niechętnie i zjadało cały obiadek, który był ponoć pyszny, a w domu gardził wszystkim co postawiłam przed nosem...
  A w domu został mi tylko Oski, który najchętniej zamieniłby mnie na brakujących braci i ojca, przez tydzień czasu szukał ich przez cały czas, a może w szafie, pod kołdrą, pod poduszka, a może do zabawek się wcisnęli, do tatowego buta, a może w kuchni, łazience i tak chodził biedak, jęczał, płakał i szukał...Mnie odpychał, bo ja to jestem przecież zawsze on czegoś innego chce, a teraz? Teraz to idzie spać jak wszyscy z domu się zmyją i budzi się tuż przed przyjściem pierwszego, potem do wieczora zawraca im głowę, a mi? A mi została gorąca kawa, której nie mam z kim pić...